30.11.2012

Angielski? No problem!


Jak wiecie, postanowiłam, że w końcu zabiorę się na poważnie za angielski. Po wielu latach wmawiania sobie, że wcale nie muszę go dobrze znać, przyznałam się przed samą sobą, że jednak warto i zmieniłam do niego nastawienie. I wiecie co? Nawet już go polubiłam! ;) 

Na razie chcę dobrze powtórzyć podstawy. Bazą mojej nauki jest książka „Angielski. No problem! Intensywny kurs do samodzielnej nauki” Henryka Krzyżanowskiego, wydawnictwa SuperMemo. Kupiłam ją trzy lata temu w taniej księgarni. Nie dość, że była tania, to zapowiadała się obiecująco, ale niestety – mimo tylu zalet – biedna przeleżała na półce trzy lata. Moja książka jest z 2006 roku i ma jeszcze pomarańczową okładkę. Na stronie wydawnictwa już nie można takiej kupić, są tylko w białej okładce, jednak z opisu wynika, że zawartość się nie zmieniła, nie miałaby zresztą po co, bo książka jest naprawdę świetna. Dlaczego?

1. Przejrzysta struktura – podręcznik podzielony jest na 12 obszernych lekcji, które mają bardzo logiczny układ. Najpierw czytanka ze słownictwem, potem gramatyka, trochę ćwiczeń, wszystko jest ładnie podzielone, przejrzyste, wyraźnie oddzielone są kwestie, na które trzeba zwrócić uwagę. Dla mnie to bardzo ważne, jak książka jest skonstruowana. Myślę, że najlepszym potwierdzeniem tego, że układ jest jasny i przyjemny, jest to, że moja bratowa, która angielskiego nigdy się nie uczyła, przejrzała książkę i powiedziała, że wygląda, jakby się z niej łatwo uczyło.

 2. Słownictwo z kontekstem – ogromna zaleta według mnie. Słownictwo zawsze, najpierw wprowadzane jest w tekście, a potem osobno w rubryczce "słownictwo", ale nie w formie "suchych" list, tylko zazwyczaj w jakimś konkretnym zwrocie.

3. Płyta – do książki dołączona jest płyta, która zawiera nagrania w formacie mp3 i audio CD. Nie trzeba szukać w internecie wymowy kłopotliwych wyrazów, wszystko jest na jednej płycie.

4. Poręczna wielkość może nie jest to najważniejsza rzecz, jakiej oczekujemy od książki do nauki języka, ale warto o tym wspomnieć. Książka jest wielkości zeszytu A5 i bez problemu zmieści się do każdej torebki czy plecaka. Jest lekka i poręczna, i z łatwością można ją zabrać wszędzie tam, gdzie znajdzie się trochę wolnego czasu na naukę :)

Książka jest napisana bardzo mądrze, naprawdę trudno mi wymienić chociaż jedną wadę. Jak się doszukam, to dopiszę :) Mogę ją z czystym sumieniem polecić, z pewnością też, po skończeniu tej części, kupię następną. Według tego, co jest napisane na okładce, doprowadza do poziomu A2. Nadaje się więc zdecydowanie dla początkujących i tych, którzy chcą podstawy odświeżyć i utrwalić. 

Jak już pisałam, ta książka to moja baza. Słownictwa, które jest w niej zawarte, uczę się za pomocą fiszek, o których pisałam ostatnio. Z drugiej strony fiszek, żeby nie było mi za łatwo, piszę tłumaczenie po bułgarsku. Staram się też robić inne rzeczy dla angielskiego oglądam odcinki „Przyjaciół” w oryginale. To mój ulubiony serial, znam bardzo dobrze każdy odcinek, więc to znacznie ułatwia mi rozumienie. Sprawiając sobie przyjemność, osłuchuję się z angielskim i dodatkowo cieszę się, że dużo rozumiem, co ogromnie motywuje :) 

 
Oprócz tego, korzystam z ciekawych lekcji, jakie udostępnia Monika z Inglisz Ticzer. Słownictwo zapisuję w zeszycie, a gramatykę na dużych kartkach, które trzymam w specjalnej gramatycznej teczce. Staram się, żeby moje notatki były kolorowe i urozmaicone. Nie mam niestety talentu plastycznego, co jednak nie odbiera mi przyjemności z rysowania. Pożyczyłam nawet kredki od bratanka :)

Na tym się na razie kończy moja nauka. Z czasem chcę się bardziej zaktywizować, najpierw jednak chcę dobrze opanować podstawy.

Przepraszam za słabą jakość zdjęć – nie najlepszy aparat i słabe światło :)
  

11 komentarzy:

  1. Czytałem wiele pochlebnych opinii o tej serii i mam zamiar za jakiś czas zakupić podobną do języka hiszpańskiego, także mam nadzieję, że mi też się spodoba ;-)
    Co do angielskiego - zawsze uważałem, że warto byłoby umieć się nim posługiwać, bo jednak możemy go spotkać w prawie każdym miejscu. Poza tym myślę, że raczej przyjemnie ci się go będzie uczyć, bo przypominanie podstaw szybko pójdzie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, jest to łatwiejsze i przyjemniejsze niż nauka od zera :) Angielski rzeczywiście jest bardzo przydatny i nie ma sensu temu zaprzeczać, trzeba tylko zmienić nastawienie ;) A książkę polecam jeszcze raz.

      Usuń
  2. Tłumaczenia na bułgarski robią wrażenie. Świetną powtórkę robisz w tej sposób. Widać po rysunkach, że się dobrze bawisz. Ja też oglądałam Przyjaciół żeby rozwijać angielski (i pewnie tysiące innych osób także ;)). Monika ostatnio też o tym wspominała u siebie. Widzę nawet, że stosujesz podobne do niej metody. Nic dziwnego. Wszyscy dochodzimy do podobnych wniosków. Trzeba uprzyjemniać sobie naukę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monika jest mistrzynią w robieniu kreatywnych notatek, ja nie mam niestety nawet połowy jej zdolności i pomysłowości w tym zakresie :) Ale rzeczywiście, okazuje się, że to wiele zabawy, a przede wszystkim - naprawdę łatwiej się zapamiętuje. Że też kiedyś myślałam, że to strata czasu :)
      A Przyjaciele to najcudowniejszy sposób na angielski! Tak jak pisałaś pod postem Moniki - to klasyka. Choć i tak zaskakuje mnie ciągle, ilu moich znajomych w ogóle nie oglądało tego serialu lub ich nie wciągnął. Nie rozumiem tego :)

      Usuń
    2. Ja oglądałam po kilka razy niektóre odcinki i za każdym razem mnie bawiły. ;)

      Usuń
  3. Super notatki Marysiu! Jestem pod wrażeniem mind the gap i heartthrob :)))
    Good job and keep up the good work!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Rzeczywiście, Til Schweiger wyszedł mi wyjątkowo dobrze ;)

      Usuń
  4. ps. Friends rule (!) Ja właśnie oglądałam Bourne'a w TVN HD i super się cieszę, że puszczają tam filmy po angielsku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Serii nie znam, ale z tego co piszesz brzmi ciekawie. Osobiście nie robię notatek, wolę "przyswajać" język niż się go uczyć, choć z fiszek korzystam bardzo aktywnie. A słyszałaś już o programach typu Anki??? Planuję po raz kolejny go przetestować, choć myślę że ręczne fiszki są niezastąpione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bez zapisywania bym niestety zginęła :) słyszałam o Anki, nawet korzystałam początkowo zachwycona. Cały czas myślę, że to świetna sprawa, ale - tak jak piszesz - ręczne fiszki są niezastąpione. Dużo więcej daje zapisywanie ręczne niż wklepywanie do komputera, a poza tym, fiszki można zabrać wszędzie, a siedzenie przed komputerem warto ograniczać :)

      Usuń
  6. Nooo, notatki są świetne :D

    OdpowiedzUsuń