30.10.2012

Gramatyka – strata czasu czy podstawa?

Wiele osób narzeka, że musi się uczyć gramatyki. Jej nauka często kojarzona jest ze żmudnymi ćwiczeniami, których rozwiązywanie męczy i nudzi. Czasem jest ona znienawidzona do tego stopnia, że pojawiają się opinie, że nauka gramatyki nie ma sensu, lepiej skupić się na słówkach, bo to one ułatwiają komunikację. Rzeczywiście, znając świetnie gramatykę, mając jednocześnie mały zasób słów, możemy się dwoić i troić, ale nie przekażemy informacji. Czy warto jednak rezygnować zupełnie z gramatyki?

Według mnie zupełnie nie, ale to, w jakim stopniu zależy od jednej z najważniejszych rzeczy – celu. To, że cel jest ważny, chyba nie budzi wątpliwości. Jeśli założymy sobie, że uczymy się angielskiego tylko, aby móc swobodnie porozumieć się w podstawowych sytuacjach życiowych, nie musimy stawiać sobie nauki gramatyki za priorytet. Co innego, gdy chcemy mówić możliwie bezbłędnie – czy da się to zrobić bez zgłębienia gramatyki? Niewątpliwie znajdzie się ktoś, kto odpowie – no pewnie! I rzeczywiście, ile jest takich osób, które bez zupełnej znajomości języka, zamieszkały w jakimś kraju i nauczyły się języka bez książek, kursów, po prostu przebywając z ludźmi. Uczyły się trochę jak dzieci – osłuchując się z językiem, widząc, jakich słów i zwrotów używa się w danych sytuacjach i ucząc się na pamięć całych zdań, konstrukcji, z czasem łącząc wszystkie elementy ze sobą i tworząc swoje zdania. To taka bardzo „życiowa” metoda, jej efektywność wiąże się na pewno także z ogromnie silną motywacją – będąc w obcym kraju, nauka języka jest ważna, aby się odnaleźć.  Na tej metodzie bazuje także wiele szkół językowych, najwyraźniej więc, wiele osób się w niej odnajduje. Zawsze szczerze podziwiałam takich ludzi, bo ja jestem święcie przekonana, że – bez przynajmniej podstaw gramatyki – nie mogłabym się nauczyć języka :)

Wprawdzie uważam, że nauka konstrukcji i całych zwrotów jest bardzo dobrą formą nauki, dla mnie to jednak nie miałaby sensu, gdybym kompletnie nie miała pojęcia o gramatyce. Po prostu, nie lubię uczyć się czegoś czego nie rozumiem. Według mnie nauka gramatyki pozwala na zrozumienie „charakteru języka”. Każdy język jest inny, niepowtarzalny, wiążą się z nim inne emocje, odczucia. Składa się na to jego brzmienie, alfabet, którym jest zapisywany, ludzie, którzy nim mówią i właśnie gramatyka. Angielski nie ma przypadków, ale za to wiele czasów i konstrukcji. Jego gramatyka jest łatwa, jeśli chcemy nauczyć się podstaw, jednak Ci, którzy świetnie znają angielski, wiedzą najlepiej, ile trzeba włożyć pracy, żeby być mistrzem angielskiego. Z kolei gramatyka niemieckiego jest maksymalnie uporządkowana, uporządkowane są nawet reguły dotyczące wyjątków :) Pamiętam, że właśnie to uwielbiałam w niemieckim. Gramatyka albańska natomiast doskonale odzwierciedla pewien albański chaos. Wprawdzie deklinacja raczej nie sprawia problemów, odmiana czasowników ma jednak więcej wyjątków niż reguł, a nawet reguły można spotkać różne, w zależności, kto je podaje. Do tego tworzenie liczby mnogiej i rozbudowany system trybów (np. Albańczycy mają tryb życzący i tryb zdziwienia, przy okazji dodam, że Bułgarzy mają tryb nieświadka – specjalną formę czasową, wyrażającą, że przekazujemy wydarzenia, których świadkami nie byliśmy :)).

Ja więc nie umiem się obyć bez gramatyki. Jestem też z tych, którzy uwielbiają porządkować swoją wiedzę, robiąc wszelkie tabelki, spisy, listy. Mam koleżankę, która nie wyobraża sobie nauki języka, bez powtarzania w kółko ćwiczeń gramatycznych. Jak widać więc, klasyka często jest komuś potrzebna i się sprawdza :) To jednak nie przyniesie jeszcze sukcesu, to jedynie obycie z gramatyką, co innego używanie konstrukcji gramatycznych w tekście, w mowie, „zaznajamianie się z nimi” nie tylko w teorii. Jest na to kilka metod. Przedstawię Wam dwie, które wybrałam spośród siedmiu, zaprezentowanych przez Annę Szyszkowską-Butryn w świetnej książce „Jak szybko opanować język obcy?”. Kupiłam ją po przeczytaniu wielu dobrych opinii i nie zawiodłam się. Polecam ją wszystkim pasjonatom języków. Na pewno będę jeszcze podawała z niej przykłady i poświęcę oddzielny post, aby ją dokładnie opisać.

1. Gramatyka dla słoni
Metoda ta polega na nauce zwrotów gramatycznych poprzez tworzenie zabawnych historyjek. Jako przykład, autorka podaje następującą historię o różowych słoniach, w której zastosowano Present Simple i zwrot can’t even.
„Pink elephants live only seven days. They eat old radios and shrimps twice a day. A pink elephant is a special elephant. Does he drink? No, he doesn’t. Which creature doesn’t sleep and drink? A pink elephant. He is so pink that he can’t even drink and after eating old radios he is so weak that he can’t even sleep.”
Jak pisze Anna Szyszkowska-Butryn „Im bardziej absurdalna historia, tym lepiej zapamiętasz występujące w niej zwroty.”

2. Zapiski na marginesie
„Technika «zapisków na marginesie» polega na notowaniu na marginesie nazw czasów, które występują w tekście. Czasy te możesz dla ułatwienia podkreślać w zdaniu, a dopiero potem wypisywać. To idealny sposób nauki dla tych, którzy nie lubią się uczyć w sposób tradycyjny lub chcą się upewnić, czy potrafią poprawnie rozpoznawać i nazywać poszczególne czasy.”

Obie metody wydają mi się bardzo ciekawe i rozwijające, na pewno zacznę z nich korzystać, bo prawdę powiedziawszy, do tej pory nie korzystałam ze specjalnych metod na zgłębianie gramatyki.
Jestem ciekawa, jakie Wy macie podejście do gramatyki. I może ktoś podzieli się swoimi wypróbowanymi metodami na jej naukę? :)

27.10.2012

Czy systematyczność jest ważna i co daje nam powtarzanie


Systematyczność

Ostatnio przeczytałam ciekawą opinię na stronie zajezykuj.pl (artykuł „Dlaczego każą Ci uczyć się systematycznie i dlaczego to bzdura?”), w której autor uważa, że bzdurą jest twierdzenie, że systematyczność to podstawa skutecznej nauki. Jako argument podaje swój własny przykład, kiedy to postanowił nauczyć się niemieckiego do matury i przez koniec drugiej i początek trzeciej klasy uczył się bardzo intensywnie, i to właśnie intensywność, jak twierdzi, odegrała kluczową rolę w osiągnięciu celu, jakim było świetne zdanie matury. Opinia interesująca, dała mi trochę do myślenia, czy rzeczywiście nie trzeba uczyć się języka obcego systematycznie?

Wydaje mi się, że autor trochę sam sobie zaprzecza, twierdząc, że „tygodniowo wypełniał 40-60 stron ćwiczeń, pisał kilkanaście stron rozprawek, opowiadań i opisów po niemiecku, czytał książki, prasę, artykuły w Internecie”. Fakt, że zaznacza, że nie robił tego o stałych porach, jednak przy takiej ilości pracy, czy można nie mówić o pewnej systematyczności? Tu pojawia się chyba zasadnicza kwestia – podejście do systematyczności. Autor ma na myśli skrajny przypadek takiego podejścia, w którym osoba ucząca się zakłada sobie, że uczy się np. co dwa dni od 17 do 18, a kiedy ma ochotę na naukę w dzień, w który nie miała się uczyć, nie robi tego, by nie „zaburzyć” systematyczności. Taka sytuacja wydaje mi się abstrakcyjna, choć nie wykluczam, że może się zdarzyć. W tym wypadku zgadzam się z autorem, który pisze „Ucz się języka wtedy, kiedy masz na to ochotę i nie narzucaj sobie sztucznej pseudodyscypliny”, ale pod pewnym jednak warunkiem – intensywność może współistnieć z systematycznością, ale nigdy jej nie zastąpi.

Czy jeżeli nie zrobię sobie żadnego planu, zakładając, że będę się uczyć tylko, gdy mam na to ochotę, moja nauka będzie efektywna? Może tak, ale według mnie jej efekt będzie krótkotrwały. Oczywiście coś w głowie zostaje po takich „intensywnych napadach”, czy jednak zapamiętuje się większość słów i nie ma problemów z komunikacją? Według mnie nie. Sprawdza się to może do osiągnięcia celu, jakim jest zdanie matury, ale już nie – świetna znajomość języka.

Przykład autora o dzieciach, które nie uczą się systematycznie języka ojczystego jest chybiony, gdyż dzieci uczą się go codziennie, całe sobą, zupełnie inaczej niż robią to dorośli. Nie muszą wiedzieć, czym jest tryb warunkowy. Świadczy o tym chociażby fakt, że uczyć innych swojego rodzimego języka wcale nie jest tak łatwo, jeśli nie ma się odpowiedniego przygotowania (kto wie ile jest deklinacji i koniugacji w języku polskim?).

Podsumowując, owszem, wyznaczony plan w nauce języka nie może nas ograniczać, nauka języka to nie przymus, kara, lecz przyjemność, więc, gdy mamy na to ochotę, po prostu to róbmy! :) Jednak nauka bez planu, żadnej systematyczności, polegająca na „intensywnych napadach nauki” nie przyniesie długotrwałych efektów. Może być natomiast zadowalająca, gdy naszym celem nie jest świetna znajomość języka. Cel więc wydaje się tu kluczowy.  

Przy okazji chciałabym polecić stronę zajezykuj.pl, którą odkryłam stosunkowo niedawno i do której z pewnością będę wracała. Mimo że nie zgadzam się z autorem przytoczonego artykułu, zmusił mnie on do myślenia, był ciekawie napisany, jak zresztą cała strona.

Powtórki

Druga kwestia, którą chciałam dziś omówić jest ściśle związana z systematycznością – są to powtórki. Każdy zdaje sobie sprawę, że powtórki są niezbędne, aby opanować jakiś materiał. Wiemy to już od dzieciństwa. Kiedy uczyliśmy się w pierwszej klasie wiersza, najpierw go czytaliśmy kilka razy, potem próbowaliśmy odtwarzać go w głowie, mówić na głos, z czasem pamiętaliśmy go coraz lepiej. Dokładnie tak samo jest z nauką języka. Dlaczego tak dobrze pamiętamy podstawowe zwroty? Bo często ich używamy. Pamiętam, jak po drugim roku byłam na kursie językowym w Albanii. Poznałam wiele osób, różnych wykładowców i za każdym razem musiałam się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie. Z czasem miałam to już tak wyszkolone, że każdy, po tak płynnym i swobodnym wstępie, (mylnie) myślał, że świetnie mówię po albańsku :)

Że powtórki są ważne – to wie każdy. Pytanie tylko, jak powtarzać, żeby osiągnąć najlepsze efekty. Metod jest wiele, ale najczęściej powtarzany jest następujący cykl: godzina po nauce, dzień, tydzień, miesiąc, 6 miesięcy. Taki schemat podaje Martyna – autorka świetnej, choć niestety już nieaktualizowanej, strony soffa.pl. Po 6 miesiącach wiedza powinna nam zostać na całe życie. Bez powtórek natomiast, już na drugi dzień zapominamy 80% materiału! Pamiętajmy, żeby nie kojarzyć powtórek z nudnym wkuwaniem, przecież przy 3-4 powtórce już tylko szybko powtarzamy materiał. Jeśli jednak komuś się nudzi, może sobie uatrakcyjnić powtarzanie, wykorzystując zmysły, układając słowa, zapisując je (to bardzo mi pomaga w nauce) – zachęcam do przeczytania artykułu na ten temat na wspomnianej stronie soffa.pl („Zarządzanie czasem a nauka. Jeszcze raz o powtórkach”).

Na stronie naharvard.pl znalazłam podobny cykl. Z tą jednak różnicą, że zamiast po 6 miesiącach, podana jest powtórka po roku i za kluczowe – prócz po godzinie – uznaje się powtarzanie 10 minut po nauce.

Fajnie jest sobie uświadomić, jak działa nasz mózg i co może nam pomóc w zapamiętaniu informacji na całe no może prawie całe życie :) Korzystając z obu schematów, można stworzyć jeden, będący kompilacją obu:

cykl powtórek
10 minut po nauce
1 godzinę po nauce
1 dzień po nauce
1 tydzień po nauce
1 miesiąc po nauce
6 miesięcy po nauce

A Wy, macie jakieś swoje cykle powtórek? I co sądzicie o systematyczności?



[EDIT] Marta z Nocnej Sowy zamieściła pod tym tekstem komentarz, w którym obala mit tego cyklu. Przeczytajcie koniecznie!

23.10.2012

Nauka języków to proces, czyli kilka słów o fazach nauki

To, że nauka języków obcych jest procesem, pisałam już dwa razy. Wydaje się, że to oczywiste, jednak tak naprawdę wiele osób sobie tego nie uświadamia, dodam, że ja też miałam z tym problem. Wynika to z faktu, że wszyscy chcielibyśmy natychmiastowych efektów, bo przecież to dla nich tak ciężko pracujemy. Łatwo wtedy o zrezygnowanie, zniechęcenie do dalszej nauki, brak wiary we własne możliwości, a to najwięksi wrogowie nauki języka! Jeżeli uświadomisz sobie, że nauka języka to proces, który składa się z pewnych etapów, będzie Ci łatwiej. Powiedz sobie: wiem, że to musi potrwać, nie nauczę się w jeden dzień, miesiąc ani nawet rok, ale to nic, bo przecież ważne, że już zaczęłam/zacząłem naukę, a rok temu to było jedynie moje marzenie. Zawsze myśl o tym, co już umiesz, a nie o tym czego jeszcze nie umiesz, bo to tylko kwestia czasu, że się tego nauczysz. I najważniejsze – ciesz się z nawet najmniejszych efektów! :)

Każdy ma swój własny rytm nauki, jedne etapy przechodzimy szybciej, inne wolniej, na niektórych się zatrzymujemy, żeby nabrać sił i ze zdwojoną siłą ruszyć naprzód. Nie ma znaczenia, jak szybko, każdy etap trzeba przejść, ważne jednak, żeby nie rezygnować.

Oto moja mała lista faz nauki języka obcego:

1. Poznawanie – jedna z najprzyjemniejszych faz, jesteśmy pełni ekscytacji, wszystko jest jeszcze proste – alfabet, proste dialogi, cieszymy się jak dzieci, że umiemy powiedzieć, jak się nazywamy. Jeśli mamy jeszcze jakąś książkę z kolorowymi rysunkami, to już w ogóle czujemy się jak dzieci. Uwielbiam to! Pamiętam, jak na pierwszym roku na bułgarskim musieliśmy dopasowywać rysunki owoców, warzyw do ich nazw – miłe wspomnienia :)

2. Intensywna praca – zmotywowani przyjemnym startem, mamy ochotę do nauki i pracy. Uczymy się słówek, rozwiązujemy ćwiczenia gramatyczne, czytamy teksty. Często w szale nauki kupujemy mnóstwo książek, nierzadko niepotrzebnych. Częstym błędem popełnianym w tej fazie jest brak strategii, systemu nauki, który pomógłby w opanowaniu chaosu i przyniósłby lepsze efekty. Ja także popełniłam ten błąd podczas studiów i teraz chcę to zmienić.

3. Pierwsze efekty – nadal jest miło. Intensywna praca – mniej czy bardziej usystematyzowana – zaczyna przynosić wymierne efekty. Potrafimy czytać proste teksty, wyłapujemy słówka w piosenkach, dobrze idzie nam gramatyka, pisanie niezbyt skomplikowanych tekstów nie jest dla nas problemem. Motywujemy się do dalszej pracy.

4. Pobudzenie – jest to bardzo ważna faza, gdyż z jednej strony to w niej robimy najwięcej dla nauki języka, z drugiej jednak – konfrontujemy się z rzeczywistością, co zazwyczaj doprowadza nas do następnej fazy. Zmobilizowani efektami pracy uaktywniamy się. Uczymy się intensywniej, częściej, aż w końcu mamy potrzebę zrobienia czegoś więcej. Sięgamy zatem po książkę, włączamy film w oryginale, próbujemy rozmawiać z obcokrajowcem – i nagle okazuje się, że nie rozumiemy więcej niż połowy i z trudem się porozumiewamy. Spadamy na ziemię.

5. Frustracja – faza kluczowa. Boleśnie dowiadujemy się, że wcale nie jesteśmy aż tak dobrzy, jak nam się wydawało. Dobiliśmy do poziomu średniozaawansowanego, dlaczego więc nie przekłada się to na rozumienie i mówienie? Oczywiście odpowiednie strategie stosowane już od początku nauki, pomogą nam przejść tę fazę łagodniej. Niemniej jednak, prawie zawsze przychodzi moment zwątpienia, kiedy nie widzimy większych postępów i wydaje nam się, że przeceniliśmy nasze możliwości. Często niestety prowadzi to do uśpienia, gdy wycofujemy się, stwierdzając, że jednak nie jesteśmy w stanie się nauczyć języka czy po prostu nie mamy już siły. Nie możemy jednak na to pozwolić! Skoro zaszliśmy już tak daleko, trzeba iść dalej, bo może być już tylko lepiej.

6. Aktywizacja – powracamy do poziomu fazy pobudzenia. Jeśli uśpienie trwało dłużej, musimy zrobić trochę powtórek, jeśli frustracja była jedynie chwilowym załamaniem, po prostu działamy dalej! Przyszedł czas na zupełnie praktyczną stronę języka – rozumienie języka potocznego, młodzieżowego, codziennego, swobodna rozmowa, bez ciągłego układania w myślach zdań. Faza ta może trwać całkiem długo, zależy to od naszej pracy i od tego, jaki cel chcemy osiągnąć. Jeżeli pragniemy mówić jak rodowity nosiciel języka, to na pewno potrwa to znacznie dłużej, często dążymy do tego całe życie i mimo że jesteśmy zadowoleni z efektów, nie możemy powiedzieć, że osiągnęliśmy swój cel. Niezależnie od tego, już znamy język na wysokim poziomie i urzeczywistnia się to, co sobie wyobrażaliśmy, aby się zmotywować.

7. Pełen sukces – osiągnęliśmy cel, jesteśmy szczęśliwi! Niestety języka uczymy się całe życie, nawet naszego rodzimego. Aby utrzymać stan biegłości w języku obcym, musimy mieć z nim ciągły kontakt. Nie ma problemu, jeśli wyjechaliśmy do danego kraju, korzystamy z języka w pracy, gorzej jeśli możliwości jego używania są ograniczone – wtedy musimy pamiętać, żeby choć co jakiś czas coś zrobić dla języka. Niech to jednak nas nie zraża! Z tego etapu nie spadniemy nisko, mogą nam najwyżej wylecieć z głowy jakieś słówka, bo wiedza, którą zdobyliśmy jest trwała (w czym nam pomagają powtórki, o czym napiszę w następnym poście).

Oczywiście tę listę należy traktować z przymrużeniem oka :) Nie ma żadnych naukowych podstaw, jest oparta jedynie na moich własnych doświadczeniach. 
Ciekawa jestem, co o niej sądzicie? Może coś dodacie, a coś wyrzucicie? 

20.10.2012

Syndrom przymiotnika złożonego w staro-cerkiewno-słowiańskim, czyli o motywacji i celu


Tytuł posta wiąże się z pewną historią ze studiów. Na każdej filologii, która obejmuje jakiś język słowiański, studenci mają szczęście zapoznać się z przemiłym językiem staro-cerkiewno-słowiańskim. Pozwoliłam sobie na małą ironię, dlatego że mam małą niechęć do języków wymarłych. Owszem, może być dla kogoś satysfakcjonujące, że przeczyta jakiś tekst po łacinie, naprawdę szczerze podziwiam ludzi, którzy się tym fascynują, ja jednak nie pałam miłością do języka, którym nie porozmawiam z jego użytkownikami, bo poznanie kultury danego kraju, żywe uczestniczenie w jego życiu, rozmowa z ludźmi – są częścią mojej motywacji do nauki języka. Nie przekonują mnie też opinie, że nauka łaciny jest pomocna w nauce języków romańskich, a języka staro-cerkiewno-słowiańskiego – słowiańskich. Bez wątpienia tak jest, ale wolę czas, który miałabym poświęcić na ich naukę, przeznaczyć na naukę tych, które „żyją” :) Są jednak tacy, dla których pomocna rola tych języków czy satysfakcja ze zgłębiania treści starych pism i dokumentów jest wystarczającą motywacją. Takie już piękno różnorodności ludzi, ich charakterów i upodobań. Dlatego też, każdy sam najlepiej wie, co go motywuje – prócz ww. może to być też lepsza praca, chęć zaimponowania innym, chęć czytania literatury, opracowań, badań naukowych w oryginale czy też oglądania ulubionego serialu. Żadna motywacja nie jest zła, ważne, żeby nauka języka wiązała się z przyjemnością. Na początku tą przyjemnością może być fakt, że dążymy do realizacji naszego celu, czyli osiągamy pewien sukces. To już sprawi, że sama nauka okaże się przyjemnością, co znów wpłynie na jej efektywność. 


Jak się odpowiednio zmotywować?

1. Pomyśl sobie, jakiego języka lub języków chcesz się nauczyć i dlaczego. Wypisz sobie je na kartce.

2. Przeanalizuj swoje motywacje. Przy każdym języku wyobraź sobie, że już go umiesz, dzięki czemu możesz spełnić to, co Cię motywowało. Wyobraź sobie, że to robisz – masz świetną pracę, podróżujesz i rozmawiasz z miejscową ludnością czy też mieszkasz za granicą. To jest świetny sposób na wzmocnienie swoich motywacji.

3. Określ dokładnie swój cel i priorytety. To ogromnie ważny punkt. Pozwoli to uniknąć syndromu przymiotnika złożonego w staro-cerkiewno-słowiańskim – tak na drugim roku studiów nazwałyśmy z koleżankami stan paniki i niemocy, przy nadmiarze informacji i sytuacji, kiedy nie wiadomo za co się zabrać. To, że wiemy, że chcemy się nauczyć 2 czy 5 języków nie wystarczy. Pojawia się masa pytań, które łatwo mogą nas zniechęcić – za co się zabrać, jak rozplanować czas, co najpierw, gramatyka, słówka, słuchanie, a może czytanie? Spokojnie! Po pierwsze określ cel nauki – inaczej wygląda nauka tylko dla celów komunikacyjnych, inaczej, jeśli chcesz także pięknie pisać. Po drugie, przy większej ilości języków – określ, który język jest najważniejszy dla ciebie. Nie oszukuj się, że jesteś w stanie zgłębić więcej niż dwa języki jednocześnie. Na te kolejne też przyjdzie czas, jeśli będą na Twojej liście, to też do nich dojdziesz. Ja też musiałam tak zrobić.

4. Odpowiednio zmotywowany/a, po określeniu dokładnego celu i Twoich priorytetów językowych przyszedł czas na stworzenie systemu nauki, czyli planu, który będzie Cię motywował na bieżąco. Nie wystarczy powiedzieć – będę się uczyć, trzeba dokładnie określić kiedy i ile czasu. Każdy ma swój rytm dzienny i najlepiej wie, kiedy może lub najlepiej się uczy. Najważniejsze to mieć plan i uczyć się w miarę systematycznie. O systematyczności, przykładowych planach nauki i powtórkach będę jeszcze pisała.

Wizualizacja i sporządzenie planu są według mnie najlepszym sposobem automotywacji (nie licząc najlepszego z możliwych, jakim jest po prostu miłość do języka). Wzmacnia się ona w momencie dostrzegania pierwszych efektów naszej pracy, to jest naprawdę ogromna radość, kiedy wyłapiemy pierwsze słowo w piosence czy też zrozumiemy krótki tekst :)

A Wy, macie jakieś ciekawe metody zmotywowania siebie?

16.10.2012

Początek



Nazywam się Marysia i dzięki przypadkowi stałam się pasjonatką języków. W czasach szkolnych uważałam, że nie mam „zdolności językowych”, nie umiem przełamać bariery i nigdy nie będę w stanie komunikować się w innym języku niż polski. Miałam wprawdzie dobre oceny, gramatykę w małym paluszku i dość łatwo zapamiętywałam słówka. Jaką jednak wartość mają piątki na świadectwie wobec faktu, że w kontakcie z obcokrajowcem chowałam się w kąt, a podczas dialogów na lekcjach spuszczałam głowę w nadziei, że nikt mnie nie zauważy. Absurdem więc wydaje się fakt, że tak naprawdę już wtedy lubiłam się uczyć języków – marzyłam o nauce hiszpańskiego i otwarcie wyrażałam swą miłość do niemieckiego, jedynie angielski traktowałam po macoszemu, twierdząc, że przecież nie każdy musi go znać i nie ugnę się pod presją społeczeństwa :)


Wszystko zmieniła jedna ulotka otrzymana podczas targów uczelni wyższych. Do dziś nie rozumiem, jak to się stało – przez 6 lat myślałam, że zostanę ekonomistką albo księgową, języki nie są moją mocną stroną, a jedna broszurka z napisem filologia bałkańska sprawiła, że zmieniłam moje cele o 100%. O Bałkanach wiedziałam jedynie tyle, czego się nauczyłam na historii, nie rozdrabniając się jednak na poszczególne kraje. Nie miałam pojęcia, jak brzmi albański czy bułgarski, ale czułam, że tam jest moja droga. Strasznie patetycznie to teraz brzmi, ale co zrobić, to był najlepszy wybór mojego życia, zupełnie je zmienił, dał mu sens.

Okres studiów nauczył mnie, że nie trzeba specjalnych zdolności, aby nauczyć się języka. Okazało się, że całkiem dobrze sobie radzę, a przede wszystkim – że to moja pasja. Co ciekawe jednak – metodami nauki języka i sposobami na zwiększenie jej efektywności zaczęłam się interesować stosunkowo niedawno. Najwyraźniej do tej pory starczała mi miłość do krajów bałkańskich, pomyśleć tylko, jak mogłabym opanować  moje języki, gdyby do tego doszły efektywne metody i nauka „z głową”. Ale wszystko można jeszcze zmienić – i ten blog ma mi w tym pomóc.

Założyłam ten blog z kilku powodów. Po pierwsze – pomoże mi on w mobilizacji do nauki, gdyż będę się spowiadała z moich postępów. Po drugie – będę miała okazję do zgłębiania tajników efektywnej nauki języków obcych, próbując różne metody także na sobie i dzieląc się wszystkim z osobami, które również interesują się tym tematem. Po trzecie – chciałabym, aby było to miejsce wymiany doświadczeń, metod, obserwacji. Chciałabym poznać uwagi osób, które mają inne podejście do tematu, swoje własne spostrzeżenia. Nie jestem żadnym ekspertem, chętnie poznam opinie osób, które wiedzą coś więcej :)

I na koniec moje językowe cele:

1. Język albański – to mój językowy numer jeden, jestem w nim zakochana od pierwszego usłyszenia. Przez 5 lat studiów udało mi się go przyzwoicie opanować, mogę swobodnie czytać najróżniejsze teksty, choć oczywiście do słownika też muszę czasem sięgnąć :) Jeśli chodzi o język albański, to największy problem pojawia się przy rozumieniu ze słuchu, szczególnie, że mówiący po literacku są rzadkością. Koniecznie muszę więcej słuchać, mówić i uczyć się słówek.

2. Język bułgarski – ciężko było mi się zakochać w języku bułgarskim. Miałam problem z cyrylicą i nie był to przecież albański. Pamiętam jednak dokładnie, w jakim momencie to się zmieniło. Na pierwszym roku studiów trwały Dni Filmów Bułgarskich. Poszłyśmy z koleżankami na pierwszy lepszy, padło na „Pismo do Amerika” („List do Ameryki”).  I  ten  film  zmienił wszystko, a we mnie pojawiła się ogromna potrzeba wyjazdu do Bułgarii i poczucia jej na własnej skórze. To najlepiej świadczy o tym, jak ważna jest motywacja w nauce języka obcego. Z bułgarskim mam odwrotnie, niż z albańskim – dużo mówię, a mało czytam. Muszę więcej czytać, no i jak zwykle – słówka, słówka, słówka!

3. Język hiszpański – pozycja numer trzy jest moim marzeniem od podstawówki. Zbierałam nawet namiętnie „Easy Español”, opracowałam kilka lekcji, ale zapał okazał się słomiany. Zawsze pojawiało się coś ważniejszego. Ale nie tracę nadziei, bo czuję pewną więź z tym językiem, ogromny pociąg i mam przeczucie, że nauczę się go szybko. Pewnie to tylko mrzonki, ale będę próbować, bo po prostu chcę! Niestety, z podstawówkowych lat pamiętam jedynie alfabet i jak powiedzieć, jak się nazywam. Ale to zawsze jakiś początek :)

4. Język angielski – bardzo długo to był dla mnie temat tabu. Z jeden strony mówiłam otwarcie, że nie znam angielskiego (choć tak naprawdę podstawy podstaw znam), z drugiej jednak było mi wstyd, że nie znam czegoś, co uznaje się za standard. To, że znasz angielski nie jest żadną wielką zaletą, ale to, że nie znasz, jest już dużą wadą. Poszukiwania pracy, ciągłe stykanie się z wymogiem dobrej znajomości angielskiego zmobilizowały mnie do zastanowienia się, na czym dokładnie polega mój problem z językiem angielskim i co zrobić, żeby go zlikwidować. To może głupie tłumaczenie, ale nie trafiły mi się dobre nauczycielki angielskiego, nigdy nie zapałałam do niego miłością, a ten cały boom na język angielski mnie drażnił. Postanowiłam zmienić podejście, dostrzec zalety jego znajomości, wśród których prym wiedzie możliwość oglądania ukochanych „Przyjaciół” w oryginale ;)

5. Język serbski – kolejny język, który miałam okazję poznać na studiach. Wiedziałam, że mi się spodoba, bo słucham serbskich piosenek, lubię jego brzmienie, melodię, uporządkowaną gramatykę. Niestety, język wprowadzony na czwartym roku studiów jest traktowany gorzej, bo wydaje się, że lepiej skupić się na dwóch głównych językach, niż „marnować” czas na trzeci, tym bardziej, że przy znajomości bułgarskiego, serbski może stać się łatwo jedynie „zserbizowanym bułgarskim”. Nauczyłam się jednak dobrych podstaw, wciąż mi się podoba i – przede wszystkim – przy moim zainteresowaniu Bałkanami jest on wielce przydatny.

To moja magiczna piątka. Nie oznacza to jednak, że jedynie te języki mnie pociągają, jednak muszę wyznaczyć sobie jasny i konkretny cel. Zdarzyło mi się już raz, że napaliłam się na jednoczesną naukę 7 języków, łatwo jednak można się domyślić, czym to się skończyło :) Najpierw więc 5 języków, ale nie jednocześnie – najlepszy efekt przynosi nauka dwóch na raz, a jeszcze lepiej, jeśli jeden jest już znany na jakimś poziomie. Dlatego pierwszym zadaniem będzie angielski i bułgarski, bo niedługo planuję się przenieść do Bułgarii, więc powinnam jednak najpierw zająć się nim. O przyszłych planach pomyślę później, w miarę jak się sprawy potoczą. Uświadomienie sobie, że nie ma nic od razu, a nauka języków to proces jest ogromnie ważne.

Mam nadzieję, że uda mi się wypełnić te cele, że nauczę się dużo nowego podczas pisania na tym blogu, że poznam wasze historie z językiem w tle. Przy okazji, może to, co napiszę okaże się dla kogoś przydatne czy ciekawe. Nie będę miała określonego schematu pisania, będę omawiała różne kwestie, czasem może trochę chaotycznie, jednak co jakiś czas, na pewno będę robiła podsumowania metod ogólnej nauki czy też nauki słówek, bo lubię raz na jakiś czas coś uporządkować ;) Życzę miłej lektury i zapraszam do wymieniania się spostrzeżeniami!