31.05.2013

Jaki to język? – język szwedzki


Po języku bułgarskim i norweskim, przyszła kolej na język szwedzki. Trzecią odsłonę cyklu Jaki to język? przygotowała Natalia, która prowadzi fantastycznego bloga Szwecjoblog. Jakim językiem jest rodzimy język ABBY? Odpowiedź znajdziecie w tym tekście.








Język szwedzki: Svenska språket

źródło

Szwedzki kucharz czyli jak (nie) brzmi język szwedzki

Szwedzki kucharz z „Mupetów” – chociaż na pewno nie zdałby żadnego egzaminu z języka szwedzkiego, to całkiem skutecznie udało mu się przekonać ludzi na całym świecie, że „hurdigurdi” czy  „bork” to słowa, które na co dzień można usłyszeć od Szwedów. Na przykład, kiedy smażą naleśniki.



Jak zatem brzmi naprawdę szwedzki kucharz podczas smażenia naleśników? Na przykład tak:



Szwedzki – fakty i liczby

Szacuje się, że językiem szwedzkim posługuje się na świecie około dziesięć milionów osób. Przede wszystkim są to oczywiście mieszkańcy Szwecji, ale także i Finlandii.

źródło
Szwedzki należy do grupy języków północnogermańskich, co oznacza, że jest bardzo blisko spokrewniony z duńskim i norweskim (po szwedzku można dogadać się także w pozostałych krajach skandynawskich - choć tak naprawdę porozumienie skandynawskie to temat na całkiem sporą dyskusję). Przynależność do grupy języków germańskich oznacza też w praktyce, że łatwiej uczyć się szwedzkiego, jeśli zna się angielski lub niemiecki. Mnie znajomość niemieckiego bardzo pomaga w nauce słówek, a angielski sprawił, że spotkania z gramatyką były przyjemniejsze.

Szwedzki wywodzi się historycznie z języka staronordyjskiego, który zapisywany był pismem runicznym. Dziś znakami charakterystycznymi dla alfabetu szwedzkiego są Å, Ä oraz Ö.

W szwedczyźnie zakochałam się od pierwszego „usłyszenia” chyba dzięki wyjątkowej „śpiewności” tego języka. Wynika to oczywiście ze specyficznej melodii szwedzkich zdań, ale także ze sposobu wymowy poszczególnych słów. Po pierwsze, samogłoski i spółgłoski szwedzkie mogą być długie lub krótkie. Po drugie, występują dwa rodzaje akcentu wyrazowego – tak zwany akutowy i grawisowy, przy czym ten drugi oznacza charakterystyczne wypowiadanie słów „z podskokiem”.

Kolejną „specjalnością” szwedzkiej wymowy jest dźwięk ɧ. Co tu dużo tłumaczyć, posłuchajcie sami:

Szwedzki jest też relatywnie „łatwy”, chociażby przez to, że czasowniki nie odmieniają się przez osoby, istnieją tylko dwa rodzaje rzeczownika (ogólny en i nijaki ett) oraz tylko dwa przypadki (mianownik i dopełniacz). Polskich uczących się zaskakuje za to rozbudowany system określoności, zjawisko zupełnie obce w naszym ojczystym języku.

Język szwedzki a Szwedzi

Nie pojawiające się w słownikach słówko nja istnieje jednak swoim własnym życiem w codziennym języku gdzieś pomiędzy ja (tak) oraz nej (nie). Szwedzi odpowiadają nja, kiedy nie są czegoś pewni, kiedy w coś powątpiewają, ale też wtedy, kiedy tak naprawdę trudno im powiedzieć wprost „nie” z obawy, że zostanie to uznane za niegrzeczne.

Szwedzi często sami wymieniają pojęcie lagom jak coś nieprzetłumaczalnego. Lagom znaczy mniej więcej: „w sam raz”. Najsmaczniejsza kawa jest lagom mocna, najodpowiedniejsze mleko lagom tłuste, a prysznic najprzyjemniej brać w lagom ciepłej wodzie. Istnieje też powiedzenie „Lagom är bäst”, co można byłoby przetłumaczyć jako „Umiar jest najlepszy”. W demokratycznym społeczeństwie, dbającym o równouprawnienie, dobrze jest być lagom, nie być gorszym od innych, ale też nie wywyższać się.

Co do równouprawnienia – ostatnio dużo hałasu zrobiło się wokół małego słówka hen. W języku szwedzkim istnieje zaimek han – on oraz hon – ona. Niedawno przez kraj przetoczyła się debata nad próbami wprowadzenia „neutralnego płciowo” zaimka hen. Używałoby się go, by podkreślić, że dane zdanie może odnosić się zarówno do kobiet jak i mężczyzn oraz w odniesieniu do osób, które nie chcą definiować się płciowo.

źródło

Szwedzi bardzo często sobie dziękują, mówiąc Tack! lub Tack, tack! czy Tackar, tackar! W prostym dialogu w sklepie czy rozmowie telefonicznej grzecznościowe tack po prostu musi paść kilka razy z ust każdego z rozmówców.

Akcent muzyczny

W związku z niedawnym otwarciem muzeum zespołu ABBA w Sztokholmie oraz finałem Eurowizji w Malmö: „Waterloo” po szwedzku, z festiwalu z 1974.


A także utwór „Sverige” (Szwecja) zespołu Kent, o ile dobrze pamiętam – pierwsza piosenka po szwedzku, jaką usłyszałam:


Tack för uppmärksamheten!
N.

28.05.2013

Odwiedź mnie na facebooku


Jakiś czas temu  z prawej strony, obok maila i rss, pojawił się przycisk, który prowadzi do strony bloga na facebooku. Od czasu do czasu będę tam wrzucała jakieś ciekawe linki dotyczące nauki języków obcych i oczywiście będę informowała o nowych postach. Jeśli macie ochotę, polubcie stronę, będzie mi bardzo miło :)
Miłego wtorku!


25.05.2013

Zainspiruj się! – Robert Stiller o nauce języków obcych i byciu poliglotą


Dzisiejszym wpisem chciałabym rozpocząć cykl Zainspiruj się!, w którym przedstawię osoby związane z nauką języków obcych, od których na różne sposoby można czerpać inspiracje. Nie będę pisała o słynnych poliglotach, których historie – mniej lub bardziej prawdziwe – znajdziemy na wielu blogach i stronach. Emil Krebs, Giuseppe Gasparo Mezzofanti – te nazwiska tu się nie pojawią. Bohaterami wpisów będą znani blogerzy językowi, specjaliści od nauki języków, tłumacze, osoby, które codziennie inspirują i motywują setki osób do nauki języków. Poligloci? Po części tak, ale nie szafujmy tym słowem. Nie każdy, kto nazwał się poliglotą, poliglotą jest. Dystans do określenia poliglota pokazuje Robert Stiller – osoba, którą bez żadnego zastanowienia nazwalibyśmy w ten sposób. To właśnie on będzie bohaterem dzisiejszego wpisu.
Robert Stiller jest urodzonym w 1928 roku tłumaczem i pisarzem. Przyznam, że usłyszałam o nim dopiero niedawno, mimo że tłumaczył m.in. „Lolitę”, powieści o Jamesie Bondzie czy „Przygodny Alicji w Krainie Czarów”. Przez przypadek przeczytałam jego artykuł na marhan.pl, potem kilka wywiadów i spodobało mi się jego podejście do kwestii znajomości języków obcych. Dziś chciałabym się z Wami podzielić tym, czym zainspirował mnie Robert Stiller. Przygotujcie się na dużo cytatów i kilka moich przemyśleń.

„Najbardziej stereotypowe z pytań: Ile pan zna języków? Ponieważ towarzyszy mi fama poligloty, słyszę je raz po raz i pytanie to czasami wprawia mnie we frustrację. Zdarza mi się odgryźć: To nie jest moje główne osiągnięcie! Lepiej mieć do powiedzenia coś mądrego w jednym języku, niż pieprzyć głupoty w dziesięciu. Po dobremu zaś trzeba na to pytanie odpowiedzieć pouczającym pytaniem: Co znaczy: ile? Co znaczy: zna? Co znaczy: języków?"

Zacznę od wspomnianego w tytule poligloty. Jestem poliglotą, czyli znam wiele języków. Czyli ile? Robert Stiller twierdzi, że liczenie języków nie ma sensu, gdyż nie zawsze daje nam pewny wynik. Z wielu przyczyn. Rozgraniczenie języka i dialektu bardzo często jest płynne. Przykład ode mnie – ktoś kto skończył filologię serbsko-chorwacką i uczył się jednego języka serbsko-chorwackiego, może powiedzieć, że zna jeden język, inny powie, że cztery – serbski, chorwacki, bośniacki i czarnogórski. Ktoś może powiedzieć, że zna wszystkie języki słowiańskie, bo rozumie i się dogada. No właśnie, tu pojawia się pytanie, czym jest znajomość języka, co to znaczy znać język. Stiller podkreśla, że istnieje pięć typów znajomości języka: mówienie, rozumienie mówionego, czytanie, pisanie i tłumaczenie. Każdy z tych typów rozwija się swoim rytmem. Przykłady najróżniejszych kombinacji można mnożyć – świetnie mówię, rzadko czytam i w ogóle nie piszę; znam język gruntownie, dobrze tłumaczę na polski, ale odwrotnie już nie; rozumiem i czytam bez problemu, jednak nie mówię swobodnie. Jak wobec tego odpowiedzieć na pytanie Ile znasz języków? Robert Stiller odpowiada tak:

„Och, to trudno policzyć. Kilkadziesiąt. Lepiej lub gorzej. Mówię najlepiej po angielsku i po rosyjsku, piszę po angielsku i po niemiecku, zdarza mi się też po malajsku albo w jidysz. Czytam w większości języków germańskich, romańskich i słowiańskich oraz po hebrajsku. W pracach filologicznych radzę sobie z łaciną, greką, niektórymi z dialektów polinezyjskich. Sanskrytu już nie pamiętam, za to nadgryzam od pewnego czasu chiński, choć daleko mi do jego znajomości.”

Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Nazwę to „uśpioną znajomością języka”. Mój przykład – nie mówię, że znam niemiecki, nie powiedziałabym już chyba zdania w tym języku, ale jestem pewna, że gdybym dostała słownik, gramatykę w tabelkach i tekst, to bym go z mniejszym lub większym sukcesem przetłumaczyła. Oznacza to też, że w każdym momencie mogłabym wrócić do jego nauki. Czy to znaczy, że znam go w jakimś stopniu? Bo przecież nie mogę powiedzieć, że zupełnie go nie znam.

„W razie potrzeby lepiej czy gorzej, posługuję się wieloma językami, mogę też niewielkim wysiłkiem każdy z nich podciągnąć na wyższy poziom. Np. od lat nie posługiwałem się szwedzkim i leży on we mnie z pozoru martwy jak żaba w zimowym uśpieniu: aż któregoś dnia zużyję tydzień na obudzenie go z tej hibernacji, aby skończyć tłumaczenia trzech mocno już zaawansowanych książek.”

Jak wcześniej pisałam, Robert Stiller podkreśla, że istnieje pięć typów znajomości języka. Prócz powszechnych czterech, dodaje też tłumaczenie. Co to oznacza? Przede wszytkim – nie każdy ma predyspozycje, żeby być tłumaczem. Tłumaczenie to odpowiedzialna i trudna praca, w której trzeba mieć rozległą wiedzę i dbać o detale. Można opanować cztery typy znajomości języka, a nie koniecznie móc tłumaczyć.

„Mnóstwo niedołężnych "przekładów" (czy to dzieł specjalistycznych, czy literatury pięknej) wynikło z naiwnego przekonania, że skoro ktoś rozumie po angielsku i włada polskim, to automatycznie posiada kwalifikacje do tłumaczenia z jednego na drugi. Nic bardziej mylącego! Chodzi tu o sprawy zbliżone do informatycznego pojęcia interface: komputer zaopatrzony w dwa funkcjonujące programy stanie się martwy, gdy spróbujemy cokolwiek (choćby najprostszy drobiazg) przenieść z jednego programu na drugi, nie mając ponadto specjalnego programu do ich kontaktowania ze sobą. Ten szczególny komputer, jakim jest ludzki mózg, może zawierać w sobie (wrodzony i później rozbudowany) program w rodzaju interface i to jest mózg tłumacza. Posiada on szczególne predyspozycje. Albo nie posiada ich i wtedy mu nie pomoże nawet dobre opanowanie czterech pozostałych umiejętności.”

Jakie wskazówki dla uczących się języków daje, uważany za jednego z najlepszych tłumaczy w Polsce, Robert Stiller?

„Słówka można spisywać na długich listach, byle nie po kolei: więc ani w porządku alfabetycznym, ani tematycznym. Bo musimy przyswoić sobie każdy wyraz z osobna i niezależnie od pozostałych. W im większej rozsypce i nieporządku zestawiamy je ucząc się na pamięć, tym lepiej. Po czym sprawdzając, które ze słów już opanowaliśmy, wybierajmy te, które z trudem i źle pamiętamy; układajmy z nich osobne, krótsze listy; i powtarzajmy je ze szczególną zajadłością. 
Najlepiej zaś umieszczać każde słowo na osobnej karteczce, a jego polski odpowiednik na odwrocie. Takie karteczki należy wciąż tasować i przerabiać je w coraz to innej kolejności; niekiedy wyłączać w osobne grupy słowa, które trudniej nam przyswoić, i tym zbiorom karteczek poświęcać szczególnie dużo wysiłku; na odwrotną stronę zaglądać tylko w razie potrzeby; i znów mieszać je tak, aby czasami wydobywać z pamięci polski odpowiednik obcego wyrazu, a czasami na odwrót. W innych miejscach karteczki można notować co trudniejsze formy gramatyczne, zwroty, inne znaczenia itd.  
Każdy zaś paradygmat (jak deklinacja, koniugacja, budowa zdania) ćwiczyć nie wciąż na tym samym przykładzie, lecz na dziesiątkach i setkach coraz to innych wyrazów.  
Tylko jedną grupę wyrazów warto od razu wyodrębnić i wkuwać ją pamięciowo na zapas: to spójniki, przyimki, główne przysłówki, wszelkie formy zaimków wskazujących i osobowych. Na nich bowiem spoczywa cała konstrukcja tekstu.  
I wreszcie ogólna zasada, od której w nauce języka prawie wszystko zależy: powtarzać i powtarzać aż do upadłego, w nieskończoność. Cokolwiek (słówko czy paradygmat) nie jest jeszcze całkiem zautomatyzowane, musi być powtórzone co najmniej raz albo i kilka razy dziennie. Dwa dni przerwy: i włożony wysiłek poszedł na marne, bo pamięć zaczyna się rozmywać i cofać. 

W ten sposób można pozbyć się całych języków.” 

I na koniec – jak języków uczył się Stiller?

„Jako pedant i z wykształcenia językoznawca miałem skłonność do nauki metodycznej: moja równie chwytliwa jak nietrwała pamięć pozwala mi w ciągu tygodnia przeczytać i na ogół zapamiętać gramatykę nowego języka, tabele wyjątków itd. Mogę nauczyć się paruset słów dziennie, tak iż po tygodniu, mając około tysiąca wyrazów w pamięci, potrafię już czytać normalne teksty. Potem nad książką rozwijam to, sprawdzam, uzupełniam w szczegółach; po miesiącu czy dwóch takiej (dość katorżniczej) pracy mam już dość solidne podstawy języka i zaczyna się trwający odtąd latami, właściwe nigdy się nie kończący proces jego szlifowania i rozwijania, poznawania go wszerz i w głąb.” 



Podane fragmenty pochodzą głównie z tekstu Roberta Stillera ze strony marhan.pl, jedynie jeden cytat pochodzi z wywiadu znajdującego się pod tym linkiem.

17.05.2013

Ten poziom mnie satysfakcjonuje


Ile historii językowych, tyle celów. Jedni zakładają sobie, że będą mówić jak native speaker, inni świadomie zatrzymują się na pewnym etapie procesu nauki, nie mając potrzeby dalszego rozwoju kompetencji językowych. Takie zjawisko w językoznawstwie nazywane jest fosylizacją.

Ferran Jorda, źródło: flickr.com

Tydzień temu pisałam o fazie plateau – okresie, w którym mimo naszych starań nie odczuwamy, że robimy postępy. To trudny stan, w którym maleje motywacja, nierzadko też kończy się przerwą w nauce lub jej zaniechaniu. Ale zatrzymanie się na pewnym poziomie znajomości języka nie musi być wynikiem spadku motywacji i chęci do dalszej nauki, może być świadomą decyzją. Czasem z góry zakładamy, że naszym celem jest opanowanie konkretnego poziomu. Nierzadko też, rozpoczynając naukę, nie wiemy na jakim etapie się zatrzymamy i dopiero w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że określony poziom nas zadowala i stwierdzamy, że nie mamy potrzeby dalszego uczenia się. 

Zastanawiam się, czy wielu uczących się języków podejmuje taką decyzję, gdyż często, wraz z kolejnymi etapami nauki, ambicje rosną. Tak naprawdę niewielu udaje się osiągnąć poziom native speakera, a nawet jeśli są blisko niego, rozwijać swoje kompetencje mogą do końca życia, zawsze przecież znajdzie się jakieś nieznane słówko czy nowe zagadnienie. Myślę, że wiele osób nigdy nie powie sobie To już koniec. Mogą robić sobie przerwy, nie uczyć się języka kilka lat, znów do niego wracać i ciągle stawiać sobie za cel jego perfekcyjne opanowanie. Czasem trudno stwierdzić Na tym zakończę moją naukę, ten poziom mnie satysfakcjonuje, bo często mimo wszystko tli się w nas nadzieja na rozwój i nawet, jeśli nasza znajomość języka nigdy znacząco się nie zwiększy, cel cały czas może być inny. 

Rozważania nad fosylizacją, sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać nad moimi celami. Marzy mi się prawie perfekcyjna znajomość albańskiego i bułgarskiego. Piszę prawie, bo nie mam ambicji, żeby brzmieć jak native speaker, mogę brzmieć jak Polka Marysia, która świetnie mówi w tych językach. Jeśli jednak chodzi o angielski, to wiem, że w pewnym momencie powiem stop. Jeśli będę w miarę swobodnie rozumiała i mogła się dogadać w podstawowych i trochę ponadpodstawowych sytuacjach, będę w pełni usatysfakcjonowana. Co do serbskiego i hiszpańskiego – to poczekam, aż zacznę się ich uczyć :) 

Może jednak nie jest tak trudno powiedzieć sobie Ten poziom mnie satysfakcjonuje? Wszystko zależy od naszych ambicji, motywacji, powodu, dla którego uczymy się języka. Nie ma nic złego w zatrzymaniu się na pewnym etapie, jeśli to jest to, czego chcemy, jeśli nie mamy potrzeby iść dalej. Zawsze też możemy powrócić do nauki.

Zdarzyło Wam się świadomie zatrzymać na pewnym etapie? Czy Waszym celem jest perfekcyjna znajomość języka? A może do tej pory nie mieliście okazji się nad tym zastanawiać?

13.05.2013

Uwaga, blog! i Szopska Sałata


Dzisiaj krótko. Marta z bloga Talar du svenska stworzyła cykl „Uwaga, blog!”, w ramach którego przeprowadza wywiady z blogerami, którzy uczą się języków mało popularnych. Miałam przyjemność być bohaterką pierwszej odsłony cyklu :) Zapraszam serdecznie na bloga Marty, na którym możecie przeczytać wywiad, a także znaleźć ciekawe informacje o języku i kulturze szwedzkiej.

Chciałam Wam także polecić mojego bloga o Bułgarii, Bałkanach, ich kuchni i kulturze. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam! :) 


Jeśli macie ochotę, możecie go śledzić na Bloglovin i polubić na Facebooku.




09.05.2013

Faza plateau – gdy nie czujemy, że się rozwijamy


Pamiętacie mój wpis o fazach nauki języka? Przedstawiłam w nim subiektywną listę etapów, przez które przechodzi uczący się języka. Od tego wpisu minęło ponad pół roku, w ciągu którego poznałam wiele teorii i pojęć stworzonych przez badaczy procesu nauki języka. Jednym z takich pojęć jest wspomniana w tytule faza plateau.

źródło: flickr.com

Plateau to francuskie słowo oznaczające taca, równina, platforma, płaskowyż. W matematyce oznacza płaski obszar przebiegu krzywej, w seksuologii fazę podniecenia, którą występuje przez orgazmem. W nauce języka natomiast, faza plateau oznacza okres zastoju, w którym nie widzimy postępów i wydaje nam się, że nasze kompetencje językowe się nie rozwijają. No właśnie – wydaje nam się. Bo tak naprawdę cały czas się rozwijamy, problem tkwi w tym, że postępy nie są tak zauważalne i to może nas frustrować, przez co tracimy motywację.

Odnosząc się do mojego wpisu o fazach nauki języka – faza plateau będzie obejmowała frustrację i część aktywizacji. Będąc w tej fazie najpierw jesteśmy sfrustrowani, trochę lub bardziej zniechęceni, ale prędzej czy później zaktywizujemy się, ciągle jednak będziemy w fazie plateau – tzn. że mimo wszystko efekty ciągle nie będą tak widoczne.

Jak przejść fazę plateau?

Problem nie polega na tym, jak przeskoczyć fazę plateau, bo to niemożliwe, lecz jak przejść ją łagodniej i szybciej, czyli jak zminimalizować okres frustracji i jak najszybciej przejść do aktywizacji. Jak to zrobić? 
  • Przede wszystkim trzeba pogodzić się z fazą plateau i ją zaakceptować – to jak najbardziej naturalny etap drogi językowej. Jeśli do wielkiej miski zaczniemy wrzucać małe kuleczki, to bardzo szybko pokryjemy dno, ale jeśli dojdziemy do górnej części miski, zmiany nie będą już tak zauważalne. Tak samo jest z nauką języka – gdy zaczynamy naukę, każde nowe słówko wydaje nam się dużym osiągnięciem, czujemy, że umiemy coraz więcej, gdy znamy język lepiej, kilka nowych słówek nie robi wielkiej różnicy. 
  • W poście o fazach nauki napisałam, że powinniśmy skupiać się na tym, co już umiemy, a nie na tym, czego jeszcze nie umiemy. Doceniajmy nasze postępy, nie przejmując się lukami – one zawsze będą nam towarzyszyć. Przecież nawet w naszym rodzimym języku nie znamy wszystkich słów.
  • I najważniejsze – nie przestawajmy się rozwijać. Ustalmy, co chcemy doszlifować, w czym chcemy być lepsi (rozumienie, mówienie, akcent, słownictwo, gramatyka itd.) i skupmy się na tym. Dużym ryzykiem tej fazy jest zniechęcenie do dalszego rozwoju i kusząca myśl o pozostaniu w tej fazie – w końcu to i tak już wysoki poziom. Ale jeśli nasz cel był inny, jeśli marzyliśmy o świetnym opanowaniu języka, nie poddawajmy się. Inną kwestią jest, jeśli taki poziom znajomości języka nam wystarcza. Ale o tym za tydzień.

Faza plateau to spowolnienie przed szczytem. Sama jestem w tej fazie i wiem, z jakim zniechęceniem może się wiązać. Ale wierzę, że dojście do szczytu jest możliwe, potrzeba tylko czasu i cierpliwości :)

Gdy mój wpis siedział sobie zaplanowany w Bloggerze, na Nocnej Sowie także pojawił się artykuł o fazie plateau. Serdecznie polecam jego lekturę :)

02.05.2013

Czy nieznajomość angielskiego to wstyd?


Jakiś czas temu na blogu Catherine the Owner (polecam!) przeczytałam post „Dlaczego nieznajomość angielskiego to jak strzał w stopę”. Ciekawy tytuł, post jeszcze bardziej. Kasia pisze jednak, że w obecnych czasach nieznajomość angielskiego to wstyd i obciach. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście tak jest.



Fakt, że angielski jest obecnie najważniejszym językiem, zwłaszcza w biznesie, jest niezaprzeczalny. Jest wymogiem na wielu stanowiskach, co więcej, mimo że jego nieznajomość jest dużym minusem, jego znajomość nie jest już atutem, a standardem, jak znajomość Worda. Zgadzam się z Kasią, że osoby, które chcą robić karierę w biznesie nie powinny się oszukiwać, że bez angielskiego im się to uda. Lepiej pogodzić się z tym językiem i wziąć się do pracy.

Ale nie tylko w biznesie angielski może być naszym przyjacielem. Tu mogłabym wypisać całą listę zalet znajomości angielskiego, nie ma jednak potrzeby, każdy je zna i wie, że ma same plusy.

Decydując się na nieznajomość angielskiego, ograniczamy swoje możliwości na wielu płaszczyznach – praca, w której wymagany jest angielski, dostęp do nieprzetłumaczonych książek, filmów, kontakt z obcokrajowcami, swobodne podróże i wiele innych. Ale jeśli ktoś godzi się z tym ograniczeniem i zupełnie mu to nie przeszkadza? Nieznajomość jakiegokolwiek języka to indywidualny wybór. Czy wstyd? Według mnie nie. Nie widzę różnicy między nieznajomością francuskiego a nieznajomością angielskiego. Niektórym ludziom angielski nie jest potrzebny do szczęścia i świetnie radzą sobie bez niego i myślę, że nie mają się czego wstydzić.

Przeczytałam gdzieś, że wstydem jest nie znać swojego języka, a nie języka obcego. Zgadzam się z tym.

Ogromnie jestem ciekawa, co Wy sądzicie na ten temat? Wstyd i obciach czy niekoniecznie?